Subiektywny materiał o Porsche Cayenne E-Hybrid — aucie, którym jeździłem przez trzy dni. Nie test, nie ranking. Kilka słów o tym, jak wygląda jazda dużym PHEV z perspektywy kogoś, kto na co dzień myśli o fotowoltaice i ładowaniu z własnej instalacji — i dlaczego ten format napędu mnie nie przekonuje.
Materiał zawiera współpracę reklamową z Pstryk.
Mój kod polecający: NIECODZIENNY50. Jeśli chcesz skorzystać z oferty, dodaj go podczas podpisywania umowy i odbierz bonus 50 zł do drugiej faktury. Szczegóły: https://pstryk.pl
🎬 Oglądaj na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=vglZZhV2kiQ
📺 Subskrybuj: https://www.youtube.com/@NieCodziennyMajsterkuje
Chcesz wesprzeć kanał?
Jeśli moje filmy są dla Ciebie wartościowe, możesz postawić mi kawę lub wesprzeć przez PayPal — to pomaga mi tworzyć kolejne odcinki:
☕ https://suppi.pl/gpietrzak
💳 https://paypal.me/gpietrzak
Transkrypcja
Powiem Wam, że im ciekawszy znaczek na masce, tym gorzej się muchy ściąga — bo się lepiej kleją. A skoro już tutaj jesteśmy, to może taki troszeczkę szerszy rzut oka na to, co tutaj stoi.
Miałem zaplanowany film o Porsche elektrycznym, natomiast trochę mi życie pokrzyżowało plany. Jest więc Porsche Cayenne — a w związku z tym, że ma jakiś tam akumulator, nieduży, stwierdziłem, że i tak kilka słów na jego temat nagram. Dziękuję Piotrowi za udostępnienie samochodu.
Kilka słów bardzo subiektywnych na ten temat — nie jest to test ani relacja, tylko po prostu to, co mi tutaj nie pasuje i co mi bardzo pasuje. Jeśli kogoś nie interesują tematy związane z motoryzacją, a tylko fotowoltaika i tym podobne, to dzisiaj będzie nieco motoryzacyjnie. A będzie, bo same spalinowe samochody mnie nie interesują aż tak bardzo. Natomiast mamy tu samochód będący hybrydą PHEV, czyli hybrydą ładowaną z gniazdka.
Miałem okazję przejechać się tym samochodem przez trzy dni i zrobiłem nim kilkaset kilometrów. Trudno więc jednoznacznie ocenić, jak się z tym na co dzień jeździ, ale te trzy dni dają już jakieś wstępne informacje o tym, z czym się takiego PHEV je.
Ciężko tu porównywać np. Kię Ceeda z silnikiem 1.6 PHEV do czegoś, co ma V6, 3 litry i generuje ok. 350 koni. Sam układ napędowy nie jest mi dokładnie znany — prawie na pewno mamy napęd na cztery koła, przy czym wydaje mi się, że silnik spalinowy może napędzać tył, a silnik elektryczny przód. Elektryczny silnik według danych ma ok. 180 koni mechanicznych, łącznie mamy jakieś 470 koni. I to się faktycznie fajnie odbija — miałem okazję pojechać do znajomego w Niemczech, który ma prywatny kawałek autostrady. To się naprawdę potrafi szybko rozpędzić, dobrze hamować i kleić się do asfaltu.
Mamy tutaj klapeczkę wlewu paliwa — to ta mniej interesująca część. Bardziej interesująca jest z drugiej strony, gdzie mamy gniazdo ładowania. Podobno są hybrydy ze złączem DC, tutaj jest tylko AC. Ja u siebie, ze względu na ograniczenia na zabezpieczeniu, nie wyciągnę więcej niż 16A, więc nie wiem, jaka jest pełna moc ładowania tego samochodu.
Mamy baterię około 30 kWh brutto. Po naładowaniu do pełna wskazanie pokazuje 80 km. Bez problemu jestem w stanie zrobić około 60 km. Jeździłem też tylko na silniku elektrycznym — da się, ale brakuje mocy. Te 180 koni dla budy ważącej około 2,5 tony to jest po prostu za mało. Kiedy mamy samochód tej marki, spodziewamy się czegoś więcej, więc jazda wyłącznie na elektryku — dla mnie nie.
Kilka słów o statystykach. Jeżdżąc niedaleko na trybie elektrycznym: 2 litry na 100 km — bez problemu. Natomiast dzień wcześniej miałem okazję przejechać trasę Rzeszów–Kraków–Rzeszów. Jadąc dynamicznie, około 140 km/h, to zużycie wygląda już zupełnie inaczej — mamy 12 litrów na 100 km. Zbiornik ma ok. 70 litrów, więc przy takim stylu jazdy wszystko jest jasne.
Dzisiaj ładowałem się na taryfach dynamicznych — 27 groszy za kWh. 30 kWh doładowanych z gniazdka daje 80 km zasięgu, koszt: 7,50 zł. To jest dobra cena — można w ten sposób jeździć. Ale co mi się tutaj bardzo nie podoba: zużycie mieszane wyniosło 33,5 kWh, i zdarzało mi się nieco mocniej dotknąć gazu.
Dla kogo mógłby to być samochód? Taki układ hybrydowy to de facto dwa układy napędowe jednocześnie — trochę jak instalacja gazowa do benzyny. Mnie to nie przekonuje. Być może sprawdzało się to 10 lat temu, gdy motoryzacja elektryczna miała więcej problemów, baterie były słabsze, zasięg zdecydowanie mniejszy. W tej chwili, w mojej opinii, trochę to jest bez sensu.
Jeżeli ktoś ma tłuc duże ilości kilometrów, kupuje sobie zwykłe auto spalinowe z hybrydą wspomagającą — jak Toyota, która ma baterię ok. 2 kWh wyłącznie po to, żeby przejechać od świateł do świateł i zmniejszyć zużycie paliwa. Natomiast duża bateria, ciężki silnik, pełny zbiornik 75 litrów — to kolejne ponad 100 kg dodatkowej masy. Mamy więc klocka ważącego 2,5 tony, który się niby chwali tym, że jest elektryczny i może mieć zasięg 700 km, ale to bez sensu, moim zdaniem.
Bo co z tego, że mam taki zasięg? Jeśli faktycznie chcę tłuc kilometry, kupuję zwykłą spalinę. A jeśli — tak jak ja — potrzebuję samochodu, którym raz w miesiącu pojadę do Krakowa, 150–200 km, albo 2 razy w roku nad morze, to samochód elektryczny nawet z zasięgiem 300 km nie jest żadnym problemem. Można go naładować w 20 minut po tych 200 km, czyli wtedy, kiedy i tak powinienem zrobić sobie przerwę. W Polsce mamy już naprawdę dużo ładowarek — możemy naładować w domu, przejechać 300 km, usiąść na ładowarkę na 20–25 minut, zjeść obiad i być w stanie na dwóch ładowaniach przejechać przez całą Polskę.
Nie przekonuje mnie to tym bardziej, że układ hybrydowy Toyoty wydaje mi się lepiej zintegrowany niż w koncernie Volkswagena. Tutaj, jadąc w trybie elektrycznym i dodając gaz, zanim samochód zdecyduje, który silnik uruchomić, który bieg wybrać — to naprawdę elektryk od razu reaguje, od razu przyspiesza. Tu jest inna historia.
Nie podoba mi się ten typ napędu. Ale mówię o typie napędu, nie o samochodzie — ten samochód jest zajebisty. Pomimo tego, że to dosyć uboga wersja, dalej to jest świetny samochód. Więc jeśli kogoś stać, bardzo polecam. Mnie prawdopodobnie w najbliższym czasie nie będzie stać, więc korzystam z tego, że od czasu do czasu mogę sobie pojeździć.
Jeździ się naprawdę dobrze. Ja za terenówkami i SUV-ami jestem zdecydowanie mniej, wolę samochody w stylu kombi, hatchback, liftback — mniejszy samochód, ładowny, niższy, przyjemniejszy w prowadzeniu. Nie muszę skakać po krawężnikach, ale fajnie było przez te trzy dni pojeździć tym autem. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję testować różne formy motoryzacji.